<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>brezniew &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://en.wordpress.com/tag/brezniew/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "brezniew"</description>
	<pubDate>Tue, 08 Dec 2009 05:55:29 +0000</pubDate>

	<generator>http://en.wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[o marcu 1968]]></title>
<link>http://gegenjay.wordpress.com/2008/03/07/o-marcu-1968/</link>
<pubDate>Fri, 07 Mar 2008 21:58:26 +0000</pubDate>
<dc:creator>kilogram13</dc:creator>
<guid>http://gegenjay.wordpress.com/2008/03/07/o-marcu-1968/</guid>
<description><![CDATA[(prawy.pl) Stalinięta wracają z ciepłych krajów? Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafili każde]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>(prawy.pl)</p>
<p><b>Stalinięta wracają z ciepłych krajów?</b></p>
<div class="index_wiadomosc_content_pierwsze_intro"> Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafili każde spostrzeżenie przedstawić w postaci pełnej mądrości sentencji. Tak właśnie postąpił również poeta Wergiliusz, zauważając, że „fama crescit eundo”, co się wykłada, ze plotka rośnie w miarę rozchodzenia się.</div>
<table style="border:1px double #d1d4db;float:left;margin-right:0;margin-bottom:10px;" width="625">
<tr align="center">
<td style="width:410px;text-align:center;"><img src="http://prawy.pl/r2_grafa_prop.php?nazwa_obrazka=./admin/felietony/gfx/37188.jpg&#38;px=400" class="index_wiadomosc_content_pierwsze_img" /></td>
</tr>
<tr>
<td>&#160;</td>
</tr>
</table>
<p><span class="index_wiadomosc_content_pierwsze_tresc">Plotki mogą rozchodzić się albo w przestrzeni, albo w czasie, ale w jednym i w drugim przypadku rozrastają się tak samo. Oto już w najbliższą sobotę, 8 marca, minie 40 lat od tak zwanych „wydarzeń marcowych”, które plotka próbuje dzisiaj przedstawić, jako wybuch „organicznego polskiego antysemityzmu” – coś w rodzaju miniaturowego holokaustu, którego ofiary pozostają nieutulone w żalu aż do dnia dzisiejszego.</p>
<p>Tak się składa, że wydarzenia te pamiętam również jako ich – najpierw mimowolny, a potem – już świadomy i dobrowolny uczestnik, jako że w marcu 1968 roku byłem studentem III roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie. Zanim jednak przejdę do samych wydarzeń, chciałbym przedstawić je na tle historycznym, dzięki czemu ich istota, przebieg i następstwa – a także dzisiejsza, rozrośnięta „fama” – staną się lepiej zrozumiałe.</p>
<p>Wszystko zaczęło się od śmierci Józefa Stalina, która – jak podało Radio Moskwa – nastąpiła 5 marca 1953 roku, a więc równo 55 lat temu. Wprawdzie Józef Stalin był „Słońcem Ludzkości” – tak przynajmniej utrzymywał wówczas i prof. Leszek Kołakowski i Bronisław Geremek i wiele innych autorytetów drobniejszego, że tak powiem, płazu – ale pozostawił po sobie kilkadziesiąt milionów trupów. W większości Rosjan, ale przedstawicieli innych narodów też wśród nich nie brakowało. Kiedy zatem zakończyły się uroczystości pogrzebowe i rytualne lamenty, a także – kiedy już towarzysze radzieccy szczęśliwie ukatrupili Wawrzyńca Berię – wszyscy zaczęli się zastanawiać, na kogo wskaże teraz nieubłagany palec, jako na współwinowajcę stalinowskich zbrodni. Nie musze dodawać, ze im bardziej ktoś był w to zamieszany, tym większy odczuwał niepokój. Te nastroje szybko przeniosły się również do Polski, gdzie niepokój gwałtownie wzrósł po tak zwanym tajnym referacie Chruszczowa, który część tych zbrodni ujawniał.</p>
<p>W takich sytuacjach ogromnie liczy się refleks. Lepszym refleksem wykazali się stalinowcy pochodzenia żydowskiego, których było całkiem sporo zwłaszcza w aparacie propagandy i terroru.. Stalinowcy z propagandy pierwsi podnieśli nieubłagany palec, wskazując na tubylczych funkcjonariuszy aparatu terroru, jako na właściwie jedynych sprawców „błędów i wypaczeń”, będących treścią „kultu jednostki”. Ci tubylczy siepacze nie posiadali się ze zdumienia i zgorszenia. Owszem – łamali kości, zrywali paznokcie, mordowali i rabowali – co do tego nie ma wątpliwości – ale rozkazy przecież wydawali im tamci! W ten oto sposób narodził się antagonizm, który odbił się czkawką w marcu 1968 roku i odbija się również dzisiaj.</p>
<p>Sytuacja nieco się uspokoiła, kiedy po „odwilży” w 1956 roku opuściło Polskę około 25 tysięcy Żydów – głównie z aparatu i UB – ale antagonizm między dawnymi wspólnikami komunistycznych zbrodni tlił się nadal.</p>
<p>Pewną pożywką dla niego były objawy starczego uwiądu komunizmu, jaki pojawiać się zaczął w latach 60-tych. Żeby jakoś temu przeciwdziałać, niektórzy komunistyczni zbrodniarze, jak np. Mikołaj Diomko, znany bardziej pod pseudonimem Mieczysława Moczara, postanowili podjąć próbę zaszczepienia więdnącego komunizmu na ciągle żywym pniu nacjonalistycznym. W ten właśnie sposób w PZPR pojawiła się frakcja „partyzantów”, mająca porachunki z nadal silnym w partii lobby żydowskim.</p>
<p>Ale z nacjonalizmem jest ten problem, że trzeba mu wskazać wroga. Wróg oczywiście był; każdy wiedział, że to Związek Radziecki, ale Moczar ani nie chciał, ani nie mógł przecież go wskazać. Z pomocą „partyzantom” przyszedł przypadek.</p>
<p>Oto w czerwcu 1967 roku na Bliskim Wschodzie wybuchła „wojna sześciodniowa”, zakończona sromotną klęską popieranych przez ZSRR krajów arabskich. W przeważającej części opinii polskiej, a już na pewno – w środowiskach studenckich, wywołało to rodzaj mściwej satysfakcji, że wreszcie ktoś Sowietom skopał tyłek, niejako również w naszym imieniu. Podkreślam to z naciskiem, bo dzisiaj pojawiają się głosy, że wtedy właśnie doszedł do głosu rzekomy „organiczny polski antysemityzm”. Tymczasem było akurat odwrotnie.</p>
<p>Oczywiście Breżniew natychmiast to zauważył i już 19 czerwca 1967 roku Władysław Gomułka zaczął się odgrażać, że zlikwiduje „syjonistyczną piątą kolumnę”. Czy ta kolumna była syjonistyczna – obawiam się, że o żadną ideowość tego typu posądzać jej raczej nie można. Była to raczej sitwa zorganizowana na zasadzie rasowo-plemiennej – ale była i ze swej strony też dążyła do konfrontacji, dzięki której mogłaby opuścić cudny komunistyczny raj nie z piętnem stalinowskich zbrodniarzy, tylko biednych ofiar komunizmu – z czego na wrażliwym Zachodzie znowu można by ciągnąć profity.</p>
<p>Dobra okazją stały się „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Dramat ten, jak wiadomo, obfituje w akcenty antyrosyjskie, które podczas kolejnych przedstawień wywoływały demonstracyjnie burzliwe oklaski. Strasznie denerwowało to Gomułkę, który sztorcowany przez Breżniewa i wystraszony nie na żarty sytuacją w Czechosłowacji, nakazał w końcu zdjąć „Dziady” z afisza. Ostatnie przedstawienie stało się okazją do burzliwej demonstracji, przy czym autentyczne oburzenie ogarnęło również ludzi zirytowanych „skandaliczną dyktaturą ciemniaków”. I kiedy wyrzucono z uniwersytetu dwóch uczestników tej demonstracji: Adama Michnika i Henryka Szlajfera – 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec. Milicja i ormowcy rozpędzili go pałami, wskutek czego rozruchy przeniosły się na ulice Warszawy. Przypadkowo będąc tego dnia w stolicy i natknąwszy się na rozpędzany przez milicje pochód, natychmiast się do niego przyłączyłem, a następnego dnia zdałem kolegom w Lublinie szczegółową relację.</p>
<p>Demonstracje studenckie, jakie na następnych dniach miały miejsce we wszystkich ośrodkach akademickich w Polsce, nie miały ani charakteru antysemickiego, ani filosemickiego – tylko po prostu antykomunistyczny. I wielu polskich studentów przypłaciło swój udział w tym buncie represjami.</p>
<p>Wkrótce też rozpoczęły się wyjazdy z Polski żydowskich emigrantów. Zmiana miejsca zamieszkania zawsze wiąże się z jakimś przeżyciem, ale używanie na tę okoliczność określenia „wypędzenie” &#8211; nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kto nie chciał wyjeżdżać, ten wcale nie musiał i nie było mu z tego powodu gorzej, niż wszystkim innym Polakom. Pogorszenie swojej sytuacji mogli odczuwać ci, którym skończył się okres dobrego fartu albo w propagandzie, albo w partii, albo w milicji, albo w wojsku, albo w administracji gospodarczej. Utracone posady w komunistycznym establishmencie – oto całe ówczesne „męczeństwo”. Spora część tych świeżo upieczonych „męczenników” weszła zresztą natychmiast w rolę „ofiar komunistycznego reżymu”, z tym większą gorliwością, im wyższą rangę w tym reżymie posiadali i im więcej zasług dla jego umocnienia położyli. To właśnie o nich mówił popularny wówczas dowcip o Aaronku, którego dyrektor przyłapał podczas lekcji na szkolnym boisku.</p>
<p>- Dlaczego nie w klasie – zapytał? &#8211; Bo logiki nie ma – odparł Aaronek. &#8211; Jak to: logiki nie ma? Co to ma znaczyć? &#8211; Bo, panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel mnie wyrzucił z klasy na świeże powietrze, a cała reszta siedzi w tym smrodzie.</p>
<p>Warto o tym pamiętać również i dzisiaj, kiedy „marcowi męczennicy” dość natarczywie domagają się przywrócenia obywatelstwa, a niektórzy tubylczy dygnitarze podlizują się im i nadskakują, pewnie w nadziei na łaskawy chleb w nowym reżymie.</p>
<p>Mówił Stanisław Michalkiewicz</p>
<p>Felieton z Radia Maryja/www.michalkiewicz.pl</p>
<p></span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
