<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>obywatel &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://en.wordpress.com/tag/obywatel/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "obywatel"</description>
	<pubDate>Sun, 06 Dec 2009 15:34:20 +0000</pubDate>

	<generator>http://en.wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Warszawa i moje mity]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/11/11/warszawa-i-moje-mity/</link>
<pubDate>Wed, 11 Nov 2009 09:52:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/11/11/warszawa-i-moje-mity/</guid>
<description><![CDATA[Wyjazd do Warszawy wywołuje we mnie zawsze nerwowe skurcze żołądka. Najpierw ten okropny Dworzec Wsc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Wyjazd do Warszawy wywołuje we mnie zawsze nerwowe skurcze żołądka. Najpierw ten okropny Dworzec Wschodni, widok z okien pociągu na paskudne blokowiska, później smród Dworca Centralnego. A następnie już tylko chaos okolic Pałacu Kultury i Nauki. Sytuację ratuję odkryty niedawno kościół Wszystkich Świętych, którego wieże dumnie wznoszą się ponad socrealsitycznym blokiem i wydzierają sobie istotny skrawek w napowietrznej przestrzeni miasta. Swoje pierwsze kroki kieruję właśnie tam, na Plac Grzybowski, do monumantalnego kościoła, który w czasie wojny znalazł się na terenie getta, i w którym &#8211; w powszechnej opinii przed wojną zagorzały antysemita &#8211; ksiądz Marceli Godlewski udzielał ofiarnie pomocy Żydom, przede wszystkim Żydom &#8211; chrześcijanom, ale przecież nie tylko chrześcijanom. </p>
<p>Przed kościołem podchodzi do nas grupa anglojęzycznych dwudziestokilkuletnich chłopaków, ciemne włosy, śniada karnacja, mogą być równie dobrze Izraelczykami, ale też Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Uprzejmi, skupieni, poważni, pytają o Synagogę Nożyków. Nie mamy pojęcia gdzie ona jest, więc razem udajemy się na jej poszukiwania. Z pomocą przychodzi nam ksiądz, który wskazuje na nieodległą zółtą budowlę widoczną ze schodów kościoła. Jak to zwykle w Warszawie bywa &#8211; synagoga stoi wcisnięta między paskudne peerlowskie budowle, wewnątrz palą się światła, ale wszystkie drzwi są pozamykane. Na tablicy czytam, że jest ona wzniesiona w stylu neoromańskim, mam jednak poważne wątpliwosci czy to właściwe określenie. Tu na Podlasiu nie mam problemu z określeniem stylu synagog, które przetrwały wojenną pożogę &#8211; w Orli czy Tykocinie to czysty, piękny barok. </p>
<p>Czas nagli, ale na wieczór planujemy wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzanie w pośpiechu to coś czego nie lubię najbardziej. Po drodze kusi jeszcze Muzeum Woli, ale jest już po 16, jeśli chcemy odwiedzić Muzeum Powstania musimy zrezygnować z niewielkiego Muzeum Woli, czytamy tylko tablicę pamiątkową na budnyku, z której zapamiętuję przede wszystkim to, że wokół pałacyku w czasie Powstania znajdował się cmentarz. Warszawa wydaję mi się być jednym wielkim cmentarzem. Nie potrafię na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat śmierci. Zawsze mam wrażenie, że idąc chodnikami, przechodząc przez ulicę depczę po grobach, że depczę groby osób, których nie ekshumowano, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Nie wyobrażam sobie bym mógł mieszkać w takim miejscu, tak samo, jak nie wyobrażam sobie, bym mógł meiszkać w Białymstoku na terenie dawnego getta. </p>
<p>W samym Muzeum Powstania przy szatni mijamy grupę ciemnoskórych dziewcząt, czasu mamy niewiele, dochodzi już 17, a Muzeum zamykane jest o 18. Już wiem, że to będzie bardziej bieg niż czas na skupienie, pomyślenie. B. twierdzi, że jak dla niej to za dużo bodźców na raz, nie wie na czym ma się skoncentrować, by nie uronić czegoś ważnego. Z góry już zakładamy, że przyjedziemy tu wkrótce na dużo dłużej. Tymczasem musimy wybierać. Wzruszające kartki zapisane przez poszkujących się członków rodzin; akty ekshumacji z 1945, 1947 roku &#8211; opisy ubrań, wyglądu zwłok &#8211; brak czaszki, spódnica w kratę, siwe włosy, braki w uzębieniu, odnalezione dokumenty tożsamości, osoby 20 &#8211; letnie, 30 &#8211; letnie, 50 &#8211; letnie. W sali niedaleko rodzinne zdjęcie generalnego gubernatora Hansa Franka &#8211; schludnie ubrane dzieci i tak kontrastująca z grozą i okrucieństwem wymowy Muzeum łagodna, spokojna, melancholijna twarz żony gubernatora, prowokująca wręcz pytaniami, gdzie się podziały jej ludzkie odruchy, o czym rozmawiała z mężem, co się stało z jej ludzkim współodczuwaniem. Zdjęcie szczęśliwej rodziny, znającej okrucieństwa, świadomej europejskiego dziedzictwa, wręcz wcielającej w codziennym życiu chrześcijańskie ideały. Słowem zgroza. To właśnie dopiero teraz odczułem czym jest owa banalność zła. Zła ludzi &#8220;porządnych&#8221;, wykształconych, kulturalnych. To zdjęcie i gdzieś w tle ogłuszające odgłosy maszerujących żołnierzy niemieckich najbardziej zapadają mi w pamięć. </p>
<p>A już na sam wieczór w dużo większym gronie nieunikniona dyskusja o sensie Powstania, zupełnie przewidywalna &#8211; jedni twierdzą, że nie da się i nie można uzasadnić celowości powstania, że nie można nadać sensu czemuś, co z góry było tego sensu pozbawione. Upieram się jednak, że twierdzenie, iż śmierć około 200 tysięcy osób, w większości osób cywilnych była pozbawiona sensu jest twierdzeniem ryzykownym. Nie dochodzimy do porozumienia. </p>
<p>Mit Powstania Warszawskiego był zawsze w domu żywy, książki o Powstaniu w bibliotece rodziców, opowieści mamy o częstych wizytach na cmentarzu powstańczym na Woli w czasie jej studiów w Warszawie. Osobiście jako swój mit wybrałem mit Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale tym drugim scalajacym jest jednak mit Powstania. To państwo, które rzeokomo od 20 lat jest niepoedległe, nie bylo mi w stanie zaproponwać żadnej wizji, żadnej idei jednoczącej. Mit solidarnosci został zbrukany, zmieszany z błotem, skompromitowany doszczętnie. Mit Wielkiego Księstwa Litewskiego może mieć jedynie jakieś znaczenie tu na wschodzie. Mit Powstania ma szansę stać się mitem scalającym, właściwie już nim się stał. Mit, z którego jednakże wciąż jeszcze należy wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski na trudne, chaotyczne dziś, ale to już temat na zupełnie inny wpis. </p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Z dala od centrum]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/10/26/z-dala-od-centrum/</link>
<pubDate>Mon, 26 Oct 2009 19:54:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/10/26/z-dala-od-centrum/</guid>
<description><![CDATA[Łatwiej zmienić ustrój niż ludzką mentalność. Nie umiemy ze sobą współdziałać. Nie ufamy sobie. Mamy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Łatwiej zmienić ustrój niż ludzką mentalność. Nie umiemy ze sobą współdziałać. Nie ufamy sobie. Mamy najniższy w Europie kapitał zaufania społecznego. Musimy państwo odebrać partiom. Kilka myśli z kilku przeczytanych w ostatnich tygodniach artykułów. Artykułów pisanych z pozycji centrum, centrum, które zapewnia przecież jeszcze jakieś nisze i względną różnorodność. A cóż począć, jeśli żyć komuś przyszło z dala od centrum? Wszystkie absurdy, wszystkie nonsensy, śmieszności wydają się tu być podniesione do co najmniej drugiej potęgi. Ale w gruncie rzeczy reguły gry są chyba tu i tam podobne, różnią je co najwyżej proporcje.</p>
<p>Z dala od centrum jedną z najprzydatniejszych umiejętności jest bez wątpienia umiejętność tak zwanego ustawienia się. Nie zdolności, nie wiedza, nie kwalifikacje, ale właśnie umiejętność robienia dobrego wrażenia lub podkładania się, uśmiechania się i kłaniania komu trzeba, wypowiadania sądów, które w danych okolicznościach są oczekiwane. Grunt to mówić okrągłymi, gładkimi zdaniami, kręcić, kłamać, aby tylko tak &#8220;wiarygodnie&#8221;, by być przekonującym. Ważnym jest też to, by znać &#8220;właściwe osoby&#8221;, zawsze dobrze jest się pod kogoś podpiąć, najlepiej pod wpływowego posła, jakiegoś miejscowego wszechwładnego barona &#8211; przy czym barwy polityczne nie mają tutaj żadnego znaczenia. Umiejętność podkładania się jest cnotą cenioną przez całe lokalne spektrum polityczne. Słowem trzeba być czyimś człowiekiem. </p>
<p>Nie jest dobrze widziane własne zdanie, a już Broń Boże niezależność myślenia. Przede wszystkim sztuka mimikry, grunt to mówić i myśleć tak, jak tego oczekują patroni. </p>
<p>Administracja lokalna to domena tylko i wyłącznie trzęsących regionem posłów i powiązanych z nimi biznesmenów. By trafić na przykład na listę partyjną w samorządowych wyborach wystarczy w zasadzie być kolegą bądź koleżanką z klasy posła jednego czy drugiego, reszta jest mało istotna, bo przecież lokalna demokracja, to nie merytokracja!</p>
<p>Ale sfera polityki, lokalnej administracji nie wyczerpuje całej złożoności obszarów oddalonych od centrum. Sfera społeczna obejmująca życie zawodowe, artystyczne, naukowe także nie jest wolna od wszechpotężnych i wszechstronnych książąt. A sprawa na dodatek komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli te obszary oddalone od centrum są różnorodne narodowościowo czy wyznaniowo. I tu także tak zwane kwestie merytoryczne schodzą na dalszy plan, tu się jeszcze dodatkowo podłącza klucz etniczny bądź religijny.</p>
<p>A już czego by się nie dotknąć, czego by nie ruszyć, wszędzie obowiązuje podręczny i przydatny w każdej chwili konformizm. Ten jest zawsze ceniony bez względu na miejsce i okoliczności. </p>
<p>Niedawno pewna osoba, której większa część życia przypadła na czasy PRL-u zapytała mnie czym się właściwie nasza współczesność różni od tego, co ona przeżyła przed rokiem 1989? Klimatu tamtych nikczemnych czasów mam znakomitą okazję doświadczać właśnie teraz. W pracy &#8211; nawet jeśli jest to instytucja powołana do niesienia pomocy innym &#8211; nikt nie jest zainteresowany wspódziałaniem, kooperacją, za to budowaniem własnej pozycji jak najbardziej, najlepiej kosztem innych, wedle starej dobrej zasady &#8220;kto kogo&#8221;. Tu także nie jest mile widziana niezależność myślenia, a już nie daj Boże dobre przygotowanie merytoryczne. Co to, to nie, to już jest poważne zagrożenie, nie wypada burzyć przecież ciepełka, w którym każdego dnia można wznosić wspaniałą fasadę, pięknie wyglądającą z zewnątrz, a ukrywającą raczej szpetną kamienicę z nadkruszonej, przybrudzonej czerwonej cegły. </p>
<p>A co najgorsza &#8211; nie widać żadnej nadziei na zmianę. </p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Czy warto być Polakiem?]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/10/07/czy-warto-byc-polakiem/</link>
<pubDate>Wed, 07 Oct 2009 15:36:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/10/07/czy-warto-byc-polakiem/</guid>
<description><![CDATA[Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer &#8220;Pressji&#8221; wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru &#8211; Wandy Wyporskiej &#8211; doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia &#8220;Pressji&#8221; była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno &#8211; białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu &#8220;Rostbef, pierogi i latająca ryba&#8221; opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: &#8220;Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście.&#8221; </p>
<p>Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w &#8220;Rzeczpospolitej&#8221;, w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.</p>
<p>A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze &#8211; obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na  ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom &#8211; miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa. </p>
<p>Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak. </p>
<p>Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX &#8211; wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka? </p>
<p>Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego? </p>
<p>Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo &#8220;prymitywnym pisiorem&#8221; albo &#8220;gładkim platformersem&#8221;. Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści &#8211; to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie &#8211; całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk. </p>
<p>Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup. </p>
<p>Iście XIX &#8211; wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości &#8211; drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.</p>
<p>Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji. </p>
<p>Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają. </p>
<p>Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.</p>
<p>Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[W demokracji jesteś nikim, czyli list do Obywatela]]></title>
<link>http://njnowak.wordpress.com/2009/08/08/w-demokracji-jestes-nikim-czyli-list-do-obywatela/</link>
<pubDate>Sat, 08 Aug 2009 10:57:00 +0000</pubDate>
<dc:creator>En-Dżej-En</dc:creator>
<guid>http://njnowak.wordpress.com/2009/08/08/w-demokracji-jestes-nikim-czyli-list-do-obywatela/</guid>
<description><![CDATA[Drogi Obywatelu państwa demokratycznego! Piszę do Ciebie, bo pragnę Ci udzielić kilku rad, związanyc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Drogi Obywatelu państwa demokratycznego!</p>
<p>Piszę do Ciebie, bo pragnę Ci udzielić kilku rad, związanych z życiem w obecnej rzeczywistości. Wszystkie moje słowa będą związane z demokracją oraz jej znaczeniem dla pojedynczej istoty ludzkiej…</p>
<p>Zapamiętaj sobie na całe życie, że Większość jest jak Matka Natura &#8211; jeszcze nikt z Nią nie wygrał. Nawet, jeżeli jesteś wybitną jednostką &#8211; człowiekiem wykształconym, utalentowanym, obdarzonym niezwykłą inteligencją czy intuicją &#8211; Twój pojedynczy głos jest niczym w porównaniu z wielością głosów innych ludzi. Możesz być filozofem, naukowcem, szlachcicem, a nawet królem. Jeśli jednak staniesz naprzeciwko Większości &#8211; skądinąd prostej, pospolitej i jednorodnej &#8211; prędzej czy później zostaniesz staranowany. Takie są prawa demokracji, Skarbie.</p>
<p>Z sondaży przeprowadzonych przez serwis internetowy Onet.pl wynika, że ok. 60% społeczeństwa popiera aborcję, a ok. 70% &#8211; eutanazję. Skoro Większość opowiada się za zabijaniem słabych jednostek, to jaki sens ma głoszenie odmiennych przekonań? Jeśli zdobędziesz się na odwagę i wyrazisz swój własny pogląd, Większość przyciśnie Cię do ziemi i wypowie bezlitosne, skazujące na społeczno-polityczne unicestwienie słowa: “Twój głos się nie liczy. Wszyscy myślą inaczej niż Ty”. Jeśli zaś pójdziesz za głosem innych, nie będziesz już deptaną Mniejszością, tylko depczącą Większością. Będziesz jak kropla, która &#8211; wpadając do oceanu &#8211; traci swą niezależność i odrębność, ale staje się częścią wielkiego zbiornika wodnego. Ba, staje się samym oceanem!</p>
<p>Demokracja jest ustrojem, którego raczej nie da się obalić &#8211; jak już wspomniałam, jeszcze nikt nie wygrał z Większością. Jeśli w to nie wierzysz, przypomnij sobie chociażby NSZZ “Solidarność”. Można obalić jednego niesprawiedliwego władcę. W przypadku, gdy takich władców są miliony, opozycja skazana jest na stratowanie. Demokracja: totalitaryzm nie do pokonania. Demokracja: ustrój-potwór. Chcesz żyć w miarę spokojnie, ze świadomością, iż Twoje plany mają szansę na realizację? Padnij na kolana przed Większością i uznaj Jej interes za własny! Gdybyś chciał zmienić coś na własną rękę, musiałbyś prosić każdego z osobna, aby łaskawie raczył na Ciebie zagłosować. To zaś &#8211; w przypadku posiadania poglądów sprzecznych ze zdaniem Większości &#8211; nie miałoby najmniejszej szansy na sukces. Pewnie myślisz, że nierówna walka Mniejszości z Większością jest tragiczna. Na pocieszenie powiem Ci, iż greckich wojsk pod Termopilami również było mniej, a jednak to właśnie one przeszły do historii jako klasyczny przykład męstwa i poświęcenia.</p>
<p>Mam ogromny szacunek do Jednostek, którym udało się przebić przez Większość i upomnieć się o “swoje”. Może Ty także zostaniesz kiedyś taką Jednostką? Chciałabym, by tak było, bo sama nie mam już siły walczyć z potężniejszym ode mnie nieprzyjacielem. W ustroju demokratycznym obywatele, należący do Większości, naśmiewają się z obywateli, którzy należą do Mniejszości. W ustroju autorytarnym jest inaczej &#8211; wszyscy są równi wobec władzy będącej Mniejszością. Tak, tak, Kochanie… Elity społeczne zawsze są Mniejszościami. Gdyby stanowiły Większość, nie byłyby elitami. To druga myśl, która może &#8211; choć nie musi &#8211; ułatwić Ci życie w demokratycznym piekle. Mam nadzieję, że chociaż częściowo poprawia Ci ona humor…</p>
<p>Na koniec dam Ci jeszcze jedną radę. Zapewne wiesz, że ludzie cierpią, ponieważ ciągle im czegoś brakuje. Jeśli wyrzekniesz się marzeń, nie mających szansy na spełnienie w ustroju demokratycznym, przestaniesz tęsknić za rzeczami nieosiągalnymi. Będziesz szczęśliwszy, a przynajmniej spokojniejszy, ponieważ pozbędziesz się palącego uczucia nienasycenia. Czym są owe “marzenia nie mające szansy na spełnienie w ustroju demokratycznym”? Wszystkim, czego pragnie Mniejszość, a czego nie chce Większość. W moim przypadku jest to niepodległość Polski, pełny zakaz mordowania nienarodzonych dzieci, szacunek dla Radia Maryja oraz zaprzestanie szykanowania jego słuchaczy…</p>
<p>Nie liczę na to, że odpowiesz na mój list. Ufam jednak, iż rozważysz go w swoim umyśle.</p>
<p>Z pozdrowieniami</p>
<p>Natalia Julia Nowak,<br />
upadła idealistka</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Debata publiczna z inicjatywy samego Cesarza]]></title>
<link>http://arctiq.wordpress.com/2009/06/17/debata-publiczna-z-inicjatywy-samego-cesarza/</link>
<pubDate>Wed, 17 Jun 2009 17:56:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>arctiq</dc:creator>
<guid>http://arctiq.wordpress.com/2009/06/17/debata-publiczna-z-inicjatywy-samego-cesarza/</guid>
<description><![CDATA[Od wtorkowego popołudnia (tj. 16 czerwca) w Cesarstwie Arctiq trwa debata publiczna do udziału na te]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p><strong>O</strong>d wtorkowego popołudnia (tj. 16 czerwca) w Cesarstwie Arctiq trwa debata publiczna do udziału na temat zmian ustrojowych w państwie do której zaprosiłem wszystkich obywateli naszego państwa. Debatę zaproponowałem osobiście po wcześniejszej prywatnej rozmowie z obywatelem SisimiutKulusuk, która mnie do tego zainspirowała.</p>
<p>Postanowiłem dać więcej władzy mojemu narodowi tak aby jeszcze bardziej z aktywizować go do działania na rzecz Cesarstwa Arctic i pokazać, że jest on równie ważny jak ja jak nie najważniejszy. Cała debata dobiegnie końca 25 czerwca i wszystko wskazuje na to, że zakończy się ona pozytywnymi zmianami takimi jak wolne, powszechne i demokratyczne wybory parlamentarne do Cesarskiego Zgromadzenia Legislacyjnego czy zwiększenie roli Rządu Jego Cesarskiej Mości.</p>
<p style="text-align:right;"><strong>Pozdrawiam Czytelników “Arctiq News”:<br />
Wasz Redaktor, JCW Arctos I (-)</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Litewskie obrazki - Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/06/13/litewskie-obrazki-zulow-powiewiorka-niemenczyn/</link>
<pubDate>Sat, 13 Jun 2009 21:34:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/06/13/litewskie-obrazki-zulow-powiewiorka-niemenczyn/</guid>
<description><![CDATA[Z urokliwego Kiernowa &#8211; o którym innym razem &#8211; pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Z urokliwego Kiernowa &#8211; o którym innym razem &#8211; pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo &#8211; wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami &#8211; rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 &#8211; letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej &#8211; Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani &#8211; w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy &#8211; nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku. </p>
<p>Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny. </p>
<p>Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa &#8211; po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości &#8211; całe szczęście nieliczne &#8211; TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku. </p>
<p>Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór &#8211; miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie &#8211; dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy &#8211; po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy &#8211; o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu. </p>
<p>Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach &#8211; już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników. </p>
<p>W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 &#8211; letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa &#8220;cukierki&#8221; w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte. </p>
<p>A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski &#8211; spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku. </p>
<p>Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający &#8211; jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi &#8211; jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć &#8211; okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej. </p>
<p>Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające &#8211; Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi &#8220;odpoczywa&#8221; &#8211;   tryumfy święci darwinizm społeczny &#8211; jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Księżna Rosse zapowiedziała zgłoszenie poprawki do ustawy obywatelskiej]]></title>
<link>http://sultanat.wordpress.com/2009/06/08/ksiezna-rosse-zapowiedziala-zgloszenie-poprawki-do-ustawy-obywatelskiej/</link>
<pubDate>Mon, 08 Jun 2009 20:04:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>sultanat</dc:creator>
<guid>http://sultanat.wordpress.com/2009/06/08/ksiezna-rosse-zapowiedziala-zgloszenie-poprawki-do-ustawy-obywatelskiej/</guid>
<description><![CDATA[Kraj: Podczas dzisiejszej popołudniowej konferencji prasowej lewicowej &#8220;Partii Odnowy&#8221; []]></description>
<content:encoded><![CDATA[Kraj: Podczas dzisiejszej popołudniowej konferencji prasowej lewicowej &#8220;Partii Odnowy&#8221; []]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wolność słowa, Kataryna i kampania wyborcza na prowincji]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/06/05/wolnosc-slowa-kataryna-i-kampania-wyborcza-na-prowincji/</link>
<pubDate>Fri, 05 Jun 2009 20:14:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/06/05/wolnosc-slowa-kataryna-i-kampania-wyborcza-na-prowincji/</guid>
<description><![CDATA[Natknąłem się w w ubiegłym tygodniu na pewien felieton w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;, któreg]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Natknąłem się w w ubiegłym tygodniu na pewien felieton w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;, którego autor piętnował Katarynę za to, że swoje krytyczne uwagi zawierała na blogu pod pseudonimem. Któregoś dnia w przelocie trafiłem też w TV na dyskusję poświęconą ujawnieniu tożsamości podobno jednej z najsłynniejszych polskich blogerek, w czasie której Igor Janke pytał dziennikarza &#8220;Dziennika&#8221; jakiej społecznej wartości, miała służyć owa demaskcja. </p>
<p>I prawdę powiedziawszy dziwi mnie ta krucjata o odpowiedzialność za słowo w kraju, który ma być państwem w pełni praworządnym i demokratycznym. </p>
<p>Przyznaję, że tekstów Kataryny czytać mi się nigdy nie zdarzyło, ale tu rzecz nie idzie tylko o Katarynę. Otóż nasi obrońcy uczciwości, odpowiedzialności i rzetelności w życiu publicznym, jak jeden mąż uznali, że osoba pisząca pod pseudonimem, może sobie pozwolić na komfort &#8211; jak to ujął felietonista &#8220;Tygodnika Powszechnego&#8221; &#8211; walenia przeciwnika na odlew, a później skwitowania tego słowem &#8211; żartowałem. Owszem prawdą jest, że Internet i związana z nim anonimowość dają szerokie pole do wszelkich nadużyć, pomówień, oszczerstw, półprawd, kłamstw, szkalowania i jeszcze gorszych brudów. Ale dlaczego z góry zakładać, że każda osoba pisząca pod pseudonimem jest niewiarygodna i nie bierze odpowiedzialności za słowo? Czy można tak wszystkich blogerów piszących pod pseudonimami wrzucić do jednego worka? Czy tu już nie ma miejsce na niuansowanie?</p>
<p>Owi obrońcy przejrzystości, czy jak ktoś woli transparentności w życiu publicznym zakładają, że Polska jest krajem o ugruntowanej demokracji, nie tylko formalnej, ale tej rzeczywistej, którą przesycone są struktury i instytucje państwowe, a demokratami z natury jest zdecydowana większość obywateli; krajem, w którym za piętnowanie wszelkich nadużyć, naruszeń prawa, nietycznych zachowań ze strony przedstawicieli władzy czy powiedzmy szerzej establishmentu, negatywnych konsekwencji nikt nie ponosi i ponosić nie może, jeśli tylko jego zachowanie służy interesowi publicznemu. I być może taka Polska ma prawo się jawić felietonistom, dziennikarzom z Warszawy, Krakowa, Poznania czy Wrocławia. Ale czy tak też jest na polskiej prowincji? Próbuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby powiedzmy w Białymstoku ktoś sobie pozwolił na atak z otwartą przyłbicą na jakiegoś ważnego posła lub innego oficjela? Załóżmy zupełnie hipotetycznie, że byłby to atak na obecnego wiceprezydenta Białegostoku &#8211; Tadeusza Arłukowicza, popieranego w spotach wyborczych przez panią minister Barbarę Kudrycką, prezydenta Białegostoku &#8211; Tadeusza Truskolaskiego i całą pewnie białostocką Platformę Obywatelską. Jaki los spotkałby takiego śmiałka w mieście, w którym wszystko jest najmocniej jak tylko się da upolitycznione i upartyjnione?</p>
<p>Przecież to co się wokół owego kandydata w czasie tej kampanii dzieje woła o pomstę do nieba. Mając ledwie przekroczone 30 lat niewiele pamiętam z czasów PRLu, ale ten front jedności miejsko &#8211; regionalnej wokół pana Arłukowicza musi chyba w jakiejś części przypominać totalizm tamtych czasów. Nie ma wydania programu informacyjnego w lokalnej TV, w którym by się nie pojawił pan Arłukowicz. A to otwiera kampanię wyborczą, a to dziś ją zamyka, a wszystkie te materiały prezentują jego działalność oczywiście jako wiceprezydenta. Przyznać trzeba też to, że ten sam lokalny program kilka dni temu &#8220;odważył się&#8221; postawić śmiałe pytanie czy wiceprezydent nie nadużywa swojego stanowiska do prowadzenia kampanii wyborczej, by dziś znowu go pokazać i ogłosić wszem i wobec, że zakończył swoją kampanię wyborczą. Oczywiście te koncesjonowana odwaga wcale nie sprawia wrażenia zasłony dymnej i zapewne nie jest wykalkulowanym &#8220;argumentem&#8221; udowodniającym, że media lokalne są wolne i niezależne. A to, że to &#8220;odważne&#8221; pytanie niknie gdzieś w zalewie innych materiałów, w których nasz kandydat przewija się a to w towarzystwie pani dyrektor białostockiej Galerii Arsenał &#8211; członkini komitetu wyborczego pana Arłukowicza, a to Tomasza Frankowskiego &#8211; znanego piłkarza Jagielloni, a kiedyś także gracza reprezentacji kraju, a to jeszcze przewodniczącego samorządu studenckiego, to już rzecz drugo czy nawet trzeciorzędna. Pewne kalkulacje zakradły się nawet do naprawdę arcyciekawego czasopisma polskich Białorusinów &#8220;Czasopis&#8221;. W jednym z numerów, sprzed dwóch tygodni, na okładce widnieje zdjęcie Tadeusza Arłukowicza, a wewnątrz zamieszczony jest obszerny wywiad, w którym kandydat na europosła puszcza oko do mniejszości białoruskiej, przekonując ją, że jest otwarty na jej postulaty, potrzeby i podkreślający jak to powinniśmy być dumni z naszej wielokulturowości. </p>
<p>I teraz wyobraźmy sobie, że ktoś ma ochotę napisać krytyczny tekst o Tadeuszu Arłukowiczu, a następnie starać się o pracę powiedzmy w Urzędzie Wojewódzkim, z wojewodą z PO, w Urzędzie Miejskim, w którym władzę sprawuje PO, w lokalnej TV, którą oglądając można odnieść wrażenie, że pan Arłukowicz jest jedynym kandydatem z całego niemal regionu, zorganizować wystawę w Galerii Arsenał. Czy miałby szanse? Być może tak, ale tylko pod warunkiem, że badania opinii publicznej wykazałyby, że taki gest może się w jakiś sposób opłacić. Bo przecież kandydat, który potrafi wspaniałomyślnie &#8220;wybaczać&#8221; swoim oponentom, odnosić się do nich po rycersku, może być dobrze postrzegany. Lecz czy to się rzeczywiście dziś opłaca?</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Komunikacja sądu z obywatelami]]></title>
<link>http://nfajw.wordpress.com/2009/06/05/komunikacja-sadu-z-obywatelami/</link>
<pubDate>Fri, 05 Jun 2009 06:41:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>nfajw</dc:creator>
<guid>http://nfajw.wordpress.com/2009/06/05/komunikacja-sadu-z-obywatelami/</guid>
<description><![CDATA[E-mail wciąż nieznany polskim sądom Takie wrażenie można odnieść czytając raport Helsińskiej Fundacj]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p><strong><a href="http://republika.onet.pl/37753,26,1,fabryka.html">E-mail wciąż nieznany polskim sądom</a></strong></p>
<p>Takie wrażenie  można odnieść czytając raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (HFPC), która  sprawdziła w jaki sposób Polacy mogą komunikować się z sądami. Pracownicy sądów  jeśli nawet odpowiedzą na e-mail, nie zawsze robią to przejrzyście i nie zawsze  dbają o formy grzecznościowe. Problemem jest też dostępność e-wokand</p>
<p><a href="http://www.hfhrpol.waw.pl/pliki/raport_web_.pdf" target="_blank">Raport HFPC</a> możemy znaleźć na stronach  fundacji. Obejmuje on również inne formy kontaktu z sądami, w tym kontakt  osobisty, dostępność ulotek, analizę pism sądowych, przystosowanie budynku do  potrzeb niepełnosprawnych i in.</p>
<p>W  podsumowaniu autorzy raportu stwierdzają jednak, że najgorzej wypadają polskie  sądy w obszarze komunikacji elektronicznej z obywatelem. Zdaniem HFPC sądy  powinny bardziej zadbać o wyznaczenie osób odpowiedzialnych za kontakt z  obywatelami oraz o wyposażenie tych osób w odpowiednią wiedzę. Na zmiany zapewne  przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale byłoby dobrze, gdyby osoby odpowiedzialne za  funkcjonowanie sądów przeczytały raport HFPC.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Obywatel pieniacz]]></title>
<link>http://civicspace.wordpress.com/2009/05/20/obywatel-pieniacz/</link>
<pubDate>Wed, 20 May 2009 17:42:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>obywatel09</dc:creator>
<guid>http://civicspace.wordpress.com/2009/05/20/obywatel-pieniacz/</guid>
<description><![CDATA[Nie macie czasem wrażenia, że ten i ów traktuje was niczym piąte koło u wozu, zbędny balast, babę co]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;">Nie macie czasem wrażenia, że ten i ów traktuje was niczym piąte koło u wozu, zbędny balast, babę co to ją z wozu trzeba, żeby koniom było lżej, albo zwyczajnie &#8211; jak pospolitego oszołoma i pieniacza, który rzuca się bez sensu i bez potrzeby niczym pchla na grzebieniu? Ano właśnie, chyba każdy choćby raz tak właśnie się czuł w starciu z władzą reprezentowaną przez szeroko rozumianą armię urzędników zasiadających za biurkami wszelkiej rangi instytucji. I ja miewam takie uczucie, choć za furiata i pieniacza wcale się nie uznaję.</p>
<p style="text-align:justify;">Ot, choćby taki przykład z podwórka. Mieszkam w małej miejscowości, właściwie wsi, no niech będzie, że na kameralnym osiedlu &#8211; są dwie drogi prowadzące &#8220;z&#8221; i &#8220;do&#8221; wnętrza tej osady. Przy obu drogach ustawiono znak &#8220;strefa ograniczenia prędkości do 30 km na godzinę&#8221;. I słusznie, bo osiedle małe, ulic kilka, przejść dla pieszych wyznaczonych brak. A pieszych, w tym dzieci, sporo. I cóż z tego, że znaki w widocznych miejscach stoją. Rzadko kto je w ogóle zauważa i się nimi przejmuje. Kierowcy nie zwalniają, a że droga prosta, długa, asfaltowa i gładka, pedał gazu dociskają mocno. Nie żebym był specjalnie nieżyczliwy światu, ale nie podoba mi się to (nie tylko zresztą mnie jednemu) i postanowiłem interweniować w tej sprawie u władz należytego szczebla samorządowego. Napisałem maila. I otrzymałem odpowiedź na łamach samorządowej gazetki. Najwyższy włodarz tłumaczył, że: droga jest gminna i kursują po niej czasem autobusy, dlatego zamontowanie spowalniaczy (jakbym sobie tego życzył) na jezdni jest niemożliwe. Ponadto nie ma sensu, wbrew moim sugestiom, malowanie dużych znaków poziomych ograniczających prędkość bezpośrednio na drodze. Bo nie ma sensu i już. Możliwe jest, by zgodnie z moimi sugestiami, patrole policyjne łapały czasem na radar co bardziej pospiesznych kierowców i komendant okolicznej policji obiecuje patrole na moim osiedlu. Nawet się ucieszyłem, bo zawsze to jakiś sukces i może coś się zmieni na lepsze, ale cieszyłem się przedwcześnie. Czekałem na owe patrole miesiąc, drugi i kolejne i&#8230; nic. napisałem kolejnego maila. I na łamach gazety samorządowej otrzymałem odpowiedź. Że komendant tym razem już na pewno obiecuje, a w ogóle to piratami drogowymi są przecież sami mieszkańcy osiedla! (Przyjezdni także, ale to przecież nieistotne). A tak poza tym to najwyższy włodarz nic więcej zrobić nie może, bo droga to gminna i autobusy i tak dalej i tak dalej&#8230; Odpisałem, że nie ma znaczenia, czy za szybko po ulicach osiedla jeżdżą przyjezdni czy lokalsi, że to żadne wytłumaczenie dla indolencji władzy, że policja może łapać i jednych i drugich. I co? I tak moja korespondencja z najwyższym włodarzem trwa już mniej więcej rok&#8230;</p>
<p style="text-align:justify;">Trwa, bo napisałem do niego także o braku zatoki autobusowej i dzikim przystanku całkiem oficjalnych autobusów w centrum osiedla. Odpisał, że już wkrótce będzie ta zatoczka i przejazd ulicą stanie się bezpieczniejszy. Odpisał ze trzy miesiące temu. Zatoczki do tej pory nie ma. Napisałem też o śmieciach wszelkiej kategorii walających się przed sklepami (kartony, rozbite szkło, zgniłe owoce itp. itd.). Jak na razie czekam na odpowiedź, a śmieci nadal leżą.</p>
<p style="text-align:justify;">Nie pamiętam dokładnie, ale być może jeszcze jakąś sprawą starałem się zaprzątać umysł najwyższego włodarza, ale ponieważ nie odpisał to musiało być coś naprawdę nieistotnego. Czy będę pisał dalej? No jasne! Wprawdzie wychodzi na to, że jestem oszołomem, który bez potrzeby zawraca gitarę, ale za to mam poczucie dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku. Wszak to przecież najważniejsze.</p>
<p style="text-align:justify;">A tak zupełnie poważnie &#8211; co z tego, że społeczeństwo mamy obywatelskie (nie mamy, ale tak mi się marzy), skoro władza nadal wierzy, że jest ludowa.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bloger roku i dziennikarz obywatelski 2008 roku]]></title>
<link>http://fotograf67.wordpress.com/2009/03/07/bloger-roku-i-dziennikarz-obywatelski-2008-roku/</link>
<pubDate>Sat, 07 Mar 2009 09:18:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>fotograf67</dc:creator>
<guid>http://fotograf67.wordpress.com/2009/03/07/bloger-roku-i-dziennikarz-obywatelski-2008-roku/</guid>
<description><![CDATA[Warszawa, 5 Marca 2009 w siedzibie &#8220;Polityki&#8221; odbyło się wręczenie nagród w konkursie Wi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[Warszawa, 5 Marca 2009 w siedzibie &#8220;Polityki&#8221; odbyło się wręczenie nagród w konkursie Wi]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O rewolucji?]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/03/05/o-rewolucji/</link>
<pubDate>Thu, 05 Mar 2009 20:33:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/03/05/o-rewolucji/</guid>
<description><![CDATA[Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz &#8220;Obywatela&#8221; &#8211; Krzysztof Wołodźko]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz &#8220;Obywatela&#8221; &#8211; Krzysztof Wołodźko w pierwszej części &#8211; jak się okazało niedoszłego już cyklu &#8220;System 09&#8243; wypowiedział słowa, które wciąż nie dają mi spokoju, choć jeszcze kilka lat temu skwitowałbym je pewnie pobłażliwym uśmiechem. W kontekście oceny polskiej rzeczywistości, współczesności, dwudziestolecia quasi-niepodległości Wołodźko napomknął o rewolucji, o możliwości rewolucji, postawił retoryczne pytanie &#8220;dlaczego nie rewolucja&#8221;. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, by wiedzieć, że nie miał na myśli rewolucji podobnej do rewolucji francuskiej czy październikowej. Nikt poważny o takich rewolucjach dziś mówić i myśleć nie może. I rzecz nie tylko w zmianie systemu politycznego, społecznego, ekonomicznego. Ta rewolucja miałaby sięgać dużo głębiej. Świat zastany, jest zupełnie nie do przyjęcia, i pewnie tak jest zawsze, w każdej epoce, ale jeśli świat ma się zmieniać, ewoluować, to zmiany nie mogą mieć tylko i wyłącznie charakteru cywilizacyjnego, technicznego, naukowego. Postęp w tych dziedzinach, któremu nie towarzyszy zmiana człowieka na lepsze, jest nie do przyjęcia, nie do zniesienia.</p>
<p>Cyniczne elity, wszechobecna popkulturowa, masowa papka, natężenie wzajemnej pogardy, obojętności, brak jakichkolwiek głębszych i prawdziwych więzi, młodzi i starsi, których łączy przekonanie, że cel uświęca środki, i przeważnie cel z dobrem wspólnym nie mający nic wspólnego. Młodzi przyszli prawnicy, studenci, którzy w swej większości uważają, że mogą sięgać do nieetycznych działań, by wygrywać.</p>
<p>Młodzi ludzie, w ilości swej już zupełnie totalitarni, potrafiący narzucać swoją wolę i przekonania nielicznym, w których głębi tli się jeszcze ledwie dostrzegalny sprzeciw.</p>
<p>Psychologia traktowana jak instrukcja obsługi drugiego człowieka, bez konieczności jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, moralnego, funkcjonująca jak instrument manipulacji zachowaniami, myślami, emocjami spotykanych ludzi. I gdzież tu miejsce na Spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie z drugim jako gra, grą pozorów, nie angażujemy się, ale ma być między nami gładko i przyjemnie, nie ranimy się, ale też siebie w najmniejszym stopniu nie interesujemy. Jesteśmy poprawni, eleganccy, uprzejmi i do bólu obojętni, ani na krztynę siebie nie obchodzimy. W mgiełce uśmiechów, podręcznych gestów, słów, zachowań nie spotykamy się w żaden sposób.</p>
<p>Uczciwość jest tak wyświechtana i żałosna, że może tylko irytować lub doprowadzać do wściekłości. Podstęp i zdrada zaprzęgnięte do walki o zbożne cele. Kwitowanie wszelkiej podłości, nikczemności zdawkowym stwierdzeniem &#8220;tak już jest&#8221;, &#8220;taki jest świat&#8221;. Pobłażliwe uśmiechy jako reakcja na przejawy nawet umiarkowanego sprzeciwu wobec rzekomego &#8220;pogodzenia z losem&#8221;.</p>
<p>Całkowicie spsiały język, którego nie sposób słuchać na ulicach, rojący się od &#8220;kurew&#8221;, &#8220;ch&#8230;&#8221;, &#8220;p&#8230;.&#8221;. Wygolone głowy gimnazjalistów, licealistów, nawet studentów; kobiety i młode dziewczyny nie mające w sobie nic z kobiecości i dziewczęcości. Któż by to zjawisko dziś nazywał jeszcze tak jak pod koniec lat 90-tych Krzysztof Piesiewicz &#8220;wstydem przed wstydem&#8221;. Wówczas wedle Piesiewicza dziewczęta miały się krępować swego wstydu i przykrywały go wulgarnością, agresją, chcąc udowodnić, że są równe facetom. Dziś ta cała wulgarna ordynarność wydaje się być ich naturalną potrzebą do tego stopnia, że zaskakuje wielu z najbrutalniejszych mężczyzn, a może nawet ich onieśmiela i w zestawieniu z agresją i wulgarnością ich rówieśniczek czyni z nich tę stronę słabszą, skuloną i wystraszoną.</p>
<p>Młodzi ludzie zapatrzeni w teledyski serwowane przez MTV, VIVĘ i inne stacje, ociekające złotem, wypasionymi furami, pełne samców obłapiających uprzedmiotowione kobiety, które znakomicie odnajdują się w przydzielonych im rolach.</p>
<p>Rzeczywistość, w której cynizm wyziera z każdej strony, z każdego środowiska, i w której jest normą, tłumaczoną ludzką naturą, ułomną przecież i niedoskonałą. Świat duszny i ciasny, obywający się bez wrażliwości, z wyjątkiem tej prywatnej, tylko na własne potrzeby. Wrażliwość społeczna pojawiająca się tam i wtedy, kiedy się opłaca. Konieczność zaistnienia, ułożenia się, promowania, pokazywania się, by móc to kiedyś wykorzystać, a nuż ktoś w mojej sprawie podpisze list wstawiający się za mną, gdy będę w tarapatach? Czy mogę być nikczemnikiem, podlecem? Ja który/która mam na swoim koncie książki/artykuły/członkostwo w zarządach organizacji pożytku publicznego? Ja który jestem duchownym? Ja, który/która tak bezinteresownie pomagam?</p>
<p>Sam nie wiem, jak miałaby ewentualna rewolucja wyglądać, ale jedno jest pewne, tak żyć na dłuższą metę się nie da.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Nie jestem durny idę jutro do urny]]></title>
<link>http://sultanat.wordpress.com/2009/02/28/niejestem-durny-ide-jutro-do-urny/</link>
<pubDate>Sat, 28 Feb 2009 16:29:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>sultanat</dc:creator>
<guid>http://sultanat.wordpress.com/2009/02/28/niejestem-durny-ide-jutro-do-urny/</guid>
<description><![CDATA[Kraj: Od godz. 0:01 w całej Federacji Al Rajn obowiązuje całkowita Cisza Wyborcza związana z jutrzej]]></description>
<content:encoded><![CDATA[Kraj: Od godz. 0:01 w całej Federacji Al Rajn obowiązuje całkowita Cisza Wyborcza związana z jutrzej]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Na pograniczu]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/02/21/na-pograniczu/</link>
<pubDate>Sat, 21 Feb 2009 20:58:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/02/21/na-pograniczu/</guid>
<description><![CDATA[Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do o]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu &#8211; w zależności od upodobań &#8211; definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.</p>
<p>Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko &#8211; białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.</p>
<p>Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość &#8220;ujawniały&#8221; w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem &#8220;swój&#8221;, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.</p>
<p>Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości &#8211; pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.</p>
<p>Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.</p>
<p>Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że &#8220;narzeczony&#8221; jednej z nich każde zdanie kończy słowem &#8220;kurwa&#8221;, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego &#8220;narzeczonego&#8221; i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w &#8220;Obywatelu&#8221; o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska&#8230;</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ksiądz Staś a System 09]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/02/01/ksiadz-stas-a-system-09/</link>
<pubDate>Sun, 01 Feb 2009 18:34:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2009/02/01/ksiadz-stas-a-system-09/</guid>
<description><![CDATA[Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.</p>
<p>Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.</p>
<p>I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.</p>
<p>W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.</p>
<p>Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie &#8211; nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.</p>
<p>Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.</p>
<p>- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.</p>
<p>- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?</p>
<p>- Miałem ledwie 13 lat.</p>
<p>- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański&#8230;</p>
<p>- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego&#8230;</p>
<p>- Zdrowaś Mario&#8230;</p>
<p>Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański?  Staram się by głoś brzmiał pewnie.</p>
<p>- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?</p>
<p>- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.</p>
<p>- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?</p>
<p>Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.</p>
<p>Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał &#8211; o ile sobie dobrze przypominam &#8211; skręcić kark spadając bodaj z łóżka.</p>
<p>Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały &#8220;<a href="http://www.rp.pl/artykul/256128.html?print=tak">System 09. Zapiski skandalu</a>&#8220;. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec &#8211; kapelan Solidarności.</p>
<p>Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?</p>
<p>Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych &#8211; i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.</p>
<p>Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 &#8211; 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.</p>
<p>A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować&#8230; Ileż razy to słyszałem. Albo &#8211; &#8220;tak już jest&#8221;, &#8220;taki jest świat&#8221;, &#8220;taka jest rzeczywistość&#8221;, &#8220;mniej inteligentni musza odpaść&#8221;. Prymitywny darwinizm społeczny?</p>
<p>Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?</p>
<p>System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.</p>
<p><img class="alignnone size-full wp-image-200" title="dscn0029" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2009/02/dscn0029.jpg" alt="dscn0029" width="468" height="351" /></p>
<p><img class="alignnone size-full wp-image-201" title="dscn00271" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2009/02/dscn00271.jpg" alt="dscn00271" width="468" height="351" /></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Yslam nie ma już większości wśród obywateli]]></title>
<link>http://sultanat.wordpress.com/2009/01/21/yslam-nie-ma-juz-wiekszosci-wsrod-obywateli/</link>
<pubDate>Wed, 21 Jan 2009 12:13:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>sultanat</dc:creator>
<guid>http://sultanat.wordpress.com/2009/01/21/yslam-nie-ma-juz-wiekszosci-wsrod-obywateli/</guid>
<description><![CDATA[Kraj: Opublikowany w dniu wczorajszym przez Ekscelencję Wielkiego Mułłę Ajatullaha Osamę bin Ramzani]]></description>
<content:encoded><![CDATA[Kraj: Opublikowany w dniu wczorajszym przez Ekscelencję Wielkiego Mułłę Ajatullaha Osamę bin Ramzani]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Z pamiętnika pracownika pewnej dużej korporacji ]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/12/09/z-pamietnika-pracownika-pewnej-duzej-korporacji/</link>
<pubDate>Tue, 09 Dec 2008 22:27:27 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/12/09/z-pamietnika-pracownika-pewnej-duzej-korporacji/</guid>
<description><![CDATA[Weszli oboje, w dresowych spodnaich, niepewnie, bojaźliwie, wyrazami twarzy usiłowali jednak dać do ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Weszli oboje, w dresowych spodnaich, niepewnie, bojaźliwie, wyrazami twarzy usiłowali jednak dać do zrozumienia, że mają w sobie godność i dobrą dumę. Skromni , cisi, bez cienia przebojowości. Mężczyzna około 30 &#8211; letni wyciągnął drżącą dłoń, w której trzymał opieczętowane pismo, z nagłówkiem, z podpisem kogoś ważnego, noszące wszelkie znamiona ważnej korespondencji. Podsunął mi je bez słowa, spojrzał przy tym tak, jakbym za chwilę miał poprowadzić go na szafot. Oboje spoglądali na mnie nieufnie, byłem w ich mniemaniu po drugiej stronie barykady, choć ja jestem tu, w B., a pismo przyszło z samej stolicy. W ich oczach jednak byłem przedstawicielem tej opresywnej instytucji, która od nich czegoś żąda, czemu oni na chwilę obecną sprostać nie są w stanie.</p>
<p>Zagubieni, nieśmiali, z kilkuletnią córeczką, do której nie dociera jeszcze cała groza i nikczemność świata, beztrosko, z zadartą główką krążyła wokół mamy, trzymając ją za rękę. Mężczyzna &#8211; w czasie, gdy czytałem pismo &#8211; zdążył spurpurowieć nie ze złości, lecz z niepewności, onieśmielenia, kropleki potu wystąpiły ne jego czole. Nie było w nim gniewu, a jedynie lęk i coś na kształt wstydu. Skormnie ubrani ludzie na tle skrajnie nowoczesnego wystroju biura, z duża ilością szkła, plastiku, lekkich mebli i wszelkcih innych atrybutów i gadżetów szanującej się nowoczesnej firmy, która wystrojem swojej siedziby ma olśniewać, zbijać zanadto pewnych siebie z nóg, a lękliwych, przerazić jeszcze mocniej.</p>
<p>Czytam pismo, raz, drugi, i w końcu przychodzi mi na myśl rozwiązanie, jest wyjście z sytuacji, nie będę katem prowadzącym ludzi na szafot. Kamień z serca. Umawiamy się na telefon, by ustalić termin następnego spotkania.</p>
<p>Zostaję sam na sam z myślami, i jest mi żal tych ludzi, łapię się jednak na myśli czy przypadkiem nie użalam się nad samym sobą. Ściśnięte gardło, łzy niemal cisnące się do oczu. Dawno nie widziałem takiego ubóstwa, takiej pokory, takiej cichości i lękliwości. Mimo to wciąż nie jestem pewien, czy aby na pewno nie roztkliwiam się nad samym sobą. Czy nie traktuję tych ludzi instrumentalnie, by udowdonić sobie, jak wrażliwy i szlachetny jestem ja, właśnie ja. Czy nie ptorzebuję ich do tego właśnie, by czerpać satysfakcję z poczucia, że wciąż stać mnie na współczucie, współodczuwanie, że nie zobojętniałem, że nie stłamsiłem w sobie wrażliwości. Czy to, aby na pewno nie jest instrumentalne traktowanie ludzi?</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Historia pewnej wycieczki]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/12/06/historia-pewnej-wycieczki/</link>
<pubDate>Sat, 06 Dec 2008 16:12:14 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/12/06/historia-pewnej-wycieczki/</guid>
<description><![CDATA[Wcześniej raptem raz zdarzyło mi się oprowadzać z pewnym znajomym międzynarodową grupę wolontariuszy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Wcześniej raptem raz zdarzyło mi się oprowadzać z pewnym znajomym międzynarodową grupę wolontariuszy po miejscach związanych m.in. z kulturą żydowską w Białymstoku. Tym razem miałem o wiele trudniejsze zadanie, a mianowicie oprowadzenia 16 &#8211; osobowej grupy młodzieży żydowskiej i polskiej, z nauczycielką z Izraela i dwiema nauczycielkami z Polski. Nie jestem ani wykwalifikowanym ani niewykwalifikowanym przewodnikiem, ani też gawędziarzem, wszelkie przemowy i wystąpienia publiczne bardziej mnie stresują niż sprawiają przyjemność. Szedłem na spotkanie pełen napięcia, niepewności, niepokoju, ale wszystkie te wątpliwości musiałem zostawić przed drzwiami liceum, w którym się umówiliśmy.</p>
<p>Pogoda zdecydowanie nie sprzyja spacerom, szaro, pochmurno, zimno, bez najmniejszego przebłysku słońca czy ciepła, nie mogący się zdecydować czy ma padać czy przestać deszcz. Ulicą Jurowiecką wkraczamy na teren dawnego getta, w miejscu, w którym stała kiedyś jedna z bodaj trzech bram getta, a którą w czasie powstania wjeżdżały niemieckie czołgi. Dalej zmierzamy w stronę ulicy Czystej, by pokazać gościom dom, w którym w getcie mieszkał Samuel Pisar &#8211; prawnik i ekonomista, doradca amerykańskich prezydentów, nominowany także do Nagrody Nobla. Kroczymy po bruku pamiętającym okropieństwa czasów pogardy, po prawej stronie część aryjska, po lewej domy będące już za zasiekami, po tej &#8220;gorszej&#8221; stronie. Z trudem między kocimi łbami, w brudnych kałużach odnajdujemy drewniane pozostałości bramy getta. Przechodnie przyglądają się nam ze zdumieniem, kierowcy z przejeżdżających samochodów także. Następnie kierujemy się w stronę cmentarza getta &#8211; obecnie plac Mordechaja Tenenbauma &#8211; dowodzącego w czasie powstania w białostockim getcie. Tu opowiadam historię pewnego Żyda uratowanego z białostockiego getta przez Polkę. Ów człowiek jako niemowlę został oddany przez swoich rodziców pewnej prostej kobiecie, Polce, która nie znała nawet tożsamości jego rodziców, a całą prawdę o jego pochodzeniu wyjawiła dopiero na łożu śmierci. Do dziś bezskutecznie próbuje poznać historię swoich rodziców i odtworzyć własną tożsamość. Z Placu Mordechaja Tenenbauma wyruszamy do jednej z trzech ocalałych synagog przy ulicy Waryńskiego, w której mieści się obecnie Galeria im. Ślendzińskich. Tuż obok niej uchowała się kamienica z końca XIX lub początku XX wieku. Przez otwartą żeliwną bramę wchodzimy na podwórze i tu jakbyśmy się przenieśli w czasie &#8211; naprzeciw nas wyrasta wysoki gmach dawnej szkoły żydowskiej, a z dwóch stron otaczają nas skrzydła owej kamienicy, nad nami wznoszą się drewniane galerie i balkony, wszystko wygląda tak, jak sto lat temu, i jak w czasach getta. Proponuję wejście na klatkę schodową, z góry po wąskich kamiennych schodach schodzą dwie mieszkanki kamienicy, które na wszelki wypadek pytamy o możliwość obejrzenia klatki. Wspinamy się po schodach na 3 kondygnację. W ciszy, powoli, by nikt nas nie usłyszał kontemplujemy wnętrza, które z pewnością wiele widziały i wiele pamiętają. Istna podróż w czasie!</p>
<p>Pogoda, ograniczony czas wycieczki nie sprzyjają głębszemu poznaniu jej uczestniczek, bo to grupa samych dziewcząt i nauczycielek, krótkie powierzchowne rozmowy, a chciałoby się w ciszy, spokoju, w cieple porozmawiać z każdą z osób. I z przesympatyczną Żydówką mieszkającą w kibucu, której rodzice pochodzą z Maroka i Hiszpanii, i z melancholijną blondynką o niebieskich oczach, która przypomina mi dziewczynę wielokrotnie widywaną już gdzieś w Białymstoku.</p>
<p>Opiekunka młodych Żydówek doskonale rozumie język polski, ale nie rozmawia w nim, nie pytam o powody, komunikujemy się w języku angielskim i rosyjskim. Dowiaduję się, że urodziła się we Lwowie. Sporo wie o Białymstoku, zwłaszcza o jego historii. Prosi bym mówił także o współczesnej rzeczywistości Polski, bym wytłumaczył, że napisy, które mijamy na ścianach nie są skierowane przeciw nim, i mamy szczęście, bo akurat pierwsze napotkane napisy i bazgroły na ścianach bloku &#8211; to swastyki i krzyże celtyckie na szubienicach, ale szczęście opuszcza nas tuż obok miejsca, w którym stał dom, w którym urodził się i spędził dzieciństwo Ludwik Zamenhof. Tu na ścianie jednej z kamienic Sara odnajduje gwiazdę Dawida na szubienicy. Zaczynam się tłumaczyć, że to też się zdarza, że nie sposób tego uniknąć, że tacy ludzie też są w Polsce, że to prawdziwy problem. Oboje też dochodzimy do wniosku, że nie można tego ukrywać i udawać, że się takich gwiazd Dawida na szubienicach nie widzi, że ich nie ma, że wszystko jest OK. Ale robi się i tak smutno.</p>
<p>Po drodze spotykamy jeszcze Świętego Mikołaja, dla dziewcząt z Izraela to rzadki widok i wielka atrakcja. Pytam młodego człowieka czy możemy z nim zrobić zdjęcie, ten się chętnie godzi.</p>
<p>Później już tylko chwila zadumy przy spalonej przez Niemców Wielkiej Synagodze, w której &#8211; w zależności od źródła &#8211; niemieccy żołnierze spalili żywcem od 1000 do 2000 Żydów.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Warto być]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/11/22/warto-byc/</link>
<pubDate>Sat, 22 Nov 2008 03:48:07 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/11/22/warto-byc/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy miłość jest pusta jak wydmuszka. Kiedy wagi nie ma niemal nic. Kiedy chciałoby się mieć Coś ty]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Kiedy miłość jest pusta jak wydmuszka. Kiedy wagi nie ma niemal nic. Kiedy chciałoby się mieć Coś tylko dla siebie, na pełną wyłączność.</p>
<p>Ile smutku, zdrad i rozczarowań może znieść człowiek?</p>
<p>Symboliczne piątkowe zdjęcie krawata, po tygodniu bez wytchnienia. Zagłuszanie smutku, które rodzi jeszcze większy smutek.</p>
<p>Mijany prawie każdego dnia staruszek zupełnie nie przystający do otaczającego świata. Zawsze sam, z małym pieskiem na spacerze, z którym rozmawia, jak z człowiekiem, zawsze czule, tylko czasem go skarci, ale też z troską w głosie. Mieszka w kamienicy z czasów dwudziestolecia międzywojennego, cudem ocalałej, wciśniętej między nowe bloki klasy średniej. Pożółkła, sczerniała cegła, drewniane okiennice pamiętające jeszcze II wojnę, trzy kondygnacje, przy czym trzecia dobudowana, jakby na doczepkę, bez ładu i składu, piękna w tym niewiele, a mimo to ma swój urok. Jedna z nielicznych, jakie się tu na Bojarach uchowały. Gdy ją wyburzą deweloperzy, to razem z nią zniknie także świat starszego pana &#8211; prostego człowieka, o dobrych manierach, grzecznego, kulturalnego, spacerującego zawsze z pieskiem, czasem z siatką w dłoni.</p>
<p>I ten dziadek, i ubogo ubrana starsza kobieta napotkana przypadkowo na zakupach z równie skromną córką, przypominają, że warto po coś jednak żyć.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O urokach prowincji, czyli pewne "wschodzące miasto"]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/10/08/o-urokach-prowincji-czyli-pewne-wschodzace-miasto/</link>
<pubDate>Wed, 08 Oct 2008 19:04:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.wordpress.com/2008/10/08/o-urokach-prowincji-czyli-pewne-wschodzace-miasto/</guid>
<description><![CDATA[Ten tekst jest skrajnie subiektywny, nie sili się na jakikolwiek obiektywizm; piszę o własnych doświ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Ten tekst jest skrajnie subiektywny, nie sili się na jakikolwiek obiektywizm; piszę o własnych doświadczeniach, spostrzeżeniach, zatem zapewne nie wyczerpię całej złożoności prowincjonalnej rzeczywistości.</p>
<p>Otóż, włodarze pewnego dużego nominalnie miasta na wschodzie Polski postanowili wypromować gród, którym władają i za wszelką cenę udowodnić, że zasługuje on na miano metropolii. Zatrudniono speców od piaru, którym udało się nawet wymyślić chwytliwe, intrygujące hasło, ocenione nawet jako jeden z lepszych sloganów reklamowych. Pojawiły się bilbordy na blokach, na biurowcach, plakaty na przystankach, z których uśmiechają się do przechodniów młodzi i powiedzmy w średnim wieku ludzie. W telewizji te same osoby usiłują przekonać widzów, że są dumne z miasta, w którym mieszkają, i że wiążą z nim ogromne nadzieje. Intencją autorów owej kampanii jest skłonienie mieszkańców miasta do tego, by je polubili, a jeśli je sami polubią, to wówczas będzie im łatwiej przekonywać przybyszów z pozostałych części Polski, że ich miasto zasługuje na miano metropolii, że ma bogatą historię, i że można być z niego rzeczywiście dumnym. Cel szczytny i ze wszech miar słuszny, tyle tylko, że nadzwyczaj trudny do zrealizowania.</p>
<p>Być może na bilbordach, w mediach, zacznie się zarysowywać obraz dynamicznie rozwijającego się miasta, miasta ludzi młodych, miasta wielu uczelni, stolicy polskiej wielokulturowości, ale rzeczywistość i tak będzie szwankować.</p>
<p>Co z tego, że bilbordów będą się uśmiechać sympatyczne twarze, co z tego, że powstaje wokół ratusza plac miejski z prawdziwego zdarzenia, co z tego, że powstają kolejne galerie, bulwary nad rzeką Białą. Czy te wszystkie powierzchowne zmiany są w stanie uczynić z tego nie do końca miejskiego miasta prawdziwy ośrodek miejski &#8211; metropolię?</p>
<p>Czy rzeczywiście w mieście, w którym zdobycie ciekawej, dobrze płatnej pracy uzależnione jest od funkcjonowania w określonych kontekstach towarzyskich, od niejasnych powiązań, zależności, od znajomości jednego, drugiego czy trzeciego posła bez względu na jego barwy polityczne czy innego wysoko postawionego polityka, możliwe są jakieś zmiany na lepsze? Czy są one możliwe w mieście, w którym premiuje się umiejętność zmiany barw z łatwością kameleona, umiejętność ustawienia się, znajomość odpowiednich osób. Cóż z tego, że w innych miastach jest podobnie? To wszystko kwestia skali, w innych, prawdziwie dużych miastach zapewniających większą różnorodność istnieją dużo większe szanse na osiągnięcie czegoś tylko i wyłącznie dzięki swoim umiejętnościom i zdolnościom.</p>
<p>Czy o mieście, które nie toleruje tak naprawdę głębszej niż powierzchowna różnorodności, można mówić, że zasługuje na miano metropolii? Cóż z tego, że mogłoby ono być stolicą polskiej wielokulturowości, skoro różnica między Polakami, Białorusinami, Tatarami, Ukraińcami, wyznawcami prawosławia, katolicyzmu, islamu czy protestantami sprowadza się jedynie do kilku dogmatów i liturgii. Na co dzień większość z nich &#8211; mimo dzielących ich różnic &#8211; jest w równym stopniu podejrzliwa, nieufna i hołduje zasadzie &#8220;nie wychylaj się&#8221;.</p>
<p>To miasto, które wziąwszy pod uwagę jego potencjał mogłoby być naprawdę interesującym, zniechęca swoim antyintelektualizmem, prędzej zniesie krezusa, któremu wielu będzie zazdrościć niż człowieka, który nie mieści się w kilku może kilkunastu dozwolonych banalnych schematach osobowościowych. Albo do nas dołączysz, dostosujesz się albo cię odrzucimy. Miasto, które nagradza konformizm, mierność, uległość, pochlebstwo, a karze za własne zdanie i własne i niestandardowe wybory. Nawet ci kreujący się na nonkonformistów potrafią być częstokroć zwykłymi tchórzami, którzy np. będą biegać z kamerą po wsiach i naśmiewać się z prostych ludzi nie potrafiących giętko władać językiem. Kpić można ze wszystkiego i z każdego pod warunkiem, że to nic nie kosztuje i nie naraża na żaden uszczerbek.</p>
<p>Ze świecą tu szukać na ulicach osób gustownie ubranych. Niedawno wróciłem z kolejnego już wyjazdu do Wilna i nie przypominam sobie, by raziły mnie tam wygolone głowy, tandetne skóry, czy plastikowa moda rodem z MTV czy VIVY. Brak indywidualności na ulicach, własnego stylu, podkreślającego czy wyrażającego osobowość danej osoby. Często drogie ciuchy, ale kompletnie nie mówiące niczego o ich posiadaczu, poza tym, że błyskawicznie chwyta nowe trendy.</p>
<p>Nie wierzę w rychłą zmianę mentalności mieszkańców tej niedoszłej metropolii na wschodzie Polski. Dopóki to miasto nie przestanie tłamsić swoim totalizmem, nic nie pomogą spoty reklamowe, plakaty, bilbordy czy wkładki do ogólnopolskich gazet.</p>
<p>Póki co &#8211; ponad to, co opisane powyżej &#8211; mamy najniższe wynagrodzenia w Polsce i jesteśmy na szarym końcu pod względem lokowanych tu inwestycji. Kiedyś przeczytałem mniej więcej takie oto zdanie na temat mieszkańców tego miasta i okolic &#8211; z zastrzeżeniem, że jest to ujęcie uogólnione i nieco stereotypowe: &#8220;Mieszkańcy wschodniej Polski są mniej więcej tacy: jak dobry, to tak, że aż głupi, jak niegłupi, to zły i wredny&#8221;. Czasem stereotypy i uogólnienia mają chyba w sobie jakąś cząstkę prawdy.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
